Początki Edukacji Domowej – motywacja

25 Lut

W książce “Edukacja domowa” Marek Budajczak pisze:

“Ogólnie, wszystkie te motywacje można zakwalifikować do trzech kategorii:

– motywów dydaktycznych

– motywów wychowawczych oraz

– motywów opiekuńczych,

które dalej można podzielić na negatywne (uchylające zagrożenia i eliminujące szkody powodowane przez szkołę) oraz pozytywne (sprzyjające rozwojowi i przynoszące korzyści).” (strona 87) i dalej: “Jak podkreślają rzecznicy odpowiedzialnego uprawiania edukacji domowej, folgowanie wyłącznie negatywnym “ucieczkowym” motywom jej podejmowania, pociąga za sobą brak pozytywnych rokowań w zakresie tak trwałości, jak i – w konsekwencji – jej edukacyjnej efektywności.”

Przyznam się, że kiedy byliśmy na etapie rezygnacji ze szkoły, to słowa te budziły we mnie głęboki niepokój. Niestety, nasza motywacja była głównie negatywna, bo chcieliśmy ochronić dzieci przed przemocą, której doznawały w szkole, nudą, która dla zdolnych chłopaków była zabójcza i stratą czasu, który nam szkoła zabierała, a którego na to co fajne i zajmujące brakowało. Napisałam sobie wtedy listę wszystkich naszych “za” edukacją domową i bardzo starałam się, żeby znalazły się na niej też motywacje pozytywne, czyli co dzieci mogą zyskać, co sprawi, że będą się lepiej rozwijać.

Dlaczego? Po co? Czemu? Co chcecie osiągnąć? Na czym Wam zależy? – jeśli myślisz o edukacji domowej zacznij od postawienia sobie, partnerowi, dzieciom, innym w to zaangażowanym osobom, takich pytań. Warto zapisać te wszystkie pytania i czasem do nich wracać. Przede wszystkim dlatego, że jeśli macie już szkolne doświadczenia, to na tym etapie podejmowania decyzji widzicie to, co teraz najbardziej boli i doskwiera, a edukacja to coś więcej niż tylko tu i teraz.

Posłużę się takim przykładem: spytajcie kobietę w ciąży, jak chce wychować swoje dziecko, a usłyszycie o wizji szczęśliwego, dobrego, kochającego, człowieka. Zadajcie to samo pytanie mamie dwulatka, a odpowie, że chce, żeby przestał krzyczeć przy przewijaniu, pluć sokiem czy co tam akurat ją trapi. Mama nastolatka z kolei marzy o tym, żeby jej dziecko się myło… Czy to znaczy, że już nie chcą wychować miłych i odpowiedzialnych ludzi? Nie, po prostu ten szczyt do zdobycia został zasłonięty przez setki mniejszych górek, które akurat stoją na drodze. Podobnie jest z wizją edukacji domowej. Warto jednak wiedzieć, co jest tym odległym celem, do którego dążycie, co pozytywnie Was nakręca.

I jeszcze jedna dygresja: nie szukajcie wskazówek w rodzaju “musicie, powinniście, trzeba”. A jeśli znajdziecie, to je zignorujcie. Dlaczego? Bo edukacja domowa jest inna w każdej rodzinie i zależy od tego, jaka to jest rodzina, kto ją tworzy, gdzie mieszkacie, czym się zajmujecie, jak zarabiacie na życie, co kochacie, czym się pasjonujecie. Nikt Wam nie powie jak budować małżeństwo i rodzinę (a przynajmniej nie powinien mówić…) i nikt nie powie, jak uczyć dzieci w domu. Oczywiście, są pewne sposoby, pomysły, wskazówki – jedne Wam przypadną do gustu, inne nie. Dla mnie edukacja domowa to wolność – także wyboru tego, w jaki sposób dziecko będzie się uczyć. Można się spotkać z opinią, że jeśli koś chce uczyć dzieci jak w szkole, to niech je pośle do szkoły. Nie zgodzę się z tym. Wolność to wolność – możecie korzystać z podręczników, możecie pisać sprawdziany, ba! możecie nawet stawiać oceny – to Wasza sprawa i nikomu nic do tego, jak sobie organizujecie przestrzeń do nauki.

Zrozumienie własnych motywacji pomoże Wam lepiej się przygotować: będziecie pewni swoich racji, wewnętrznie przekonani, ale też łatwiej Wam będzie rozmawiać z innymi. A co jakiś czas, przy okazji kryzysów czy na rozpoczęcie roku, przeczytajcie tę listę. Pozwoli ona zauważyć, że “hura!” część celów już osiągnęliście, ale też wrócić do “korzeni” i albo przewartościować to i owo, albo wrócić do realizacji nieco zaniedbanych aspektów Waszej edukacyjnej przygody.

zdjęcie pochodzi z Pixabay

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *